Zbiegło się to wszystko w czasie bardzo ładnie. Wreszcie, po tylu tygodniach, jeśli nie miesiącach, pogoda zaczęła dopisywać. Co tam dopisywać!

Wiosna eksplodowała, rozkwitła najpełniej jak to tylko możliwe; tym większa była radość i zaskoczenie, ale też ulga przecież, bo wyczekiwanie i utęsknienie stawały się już z wolna nie do wytrzymania. Tym lepiej ta wiosna, ten maj, smakowały. A smakowały, trzeba to przyznać, wyśmienicie. I, powtórzmy, nie bez znaczenia było też uczucie ulgi. Bo obawy były, przyznajmy, ze wszech miar uzasadnione. W końcu ta zima trzymała w swych wulgarnych kleszczach tak długo, że człowiek powoli zaczynał się już do niej przyzwyczajać. To raz, a dwa – po tylu zimnych i szarych miesiącach wiosna stawała się już nie tyle nawet obiektem westchnień, co jakimś niedościgłym marzeniem, czy nawet – mirażem. Zatem odetchnęli z ulgą. Udało się, decyzja, tamta, sprzed kilkunastu miesięcy, była słuszna, opłaciła się. No ba! To było najlepsze wesele w Gdańsku od dłuższego czasu. Nikt z gości nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.