Zawsze, gdy kończył wieczorną, a może właściwiej będzie powiedzieć: nocną, bo wieczorem to audycja się ledwie rozpoczynała, zachęcał swoich słuchaczy do ostatniego punktu ich spotkania na radiowej antenie. To właśnie To i Owo, które z czasem zyskało miano, etykietkę, pozycji kultowej w mieście.

mikrofon

Słuchaczy nie było znowuż tak wielu, ale ci, co mu towarzyszyli, czynili to regularnie, od lat, od początku istnienia audycji. Zazwyczaj bywało ciekawie – i do śmiechu, i do łez. Raz, na przykład, dodzwonił się jakiś fanatyk statystyki i jął referować rzekomo nieprawdziwe dane rozmaitych urzędów. Kiedy indziej pewien starszy jegomość strasznie rozpaczał i ledwo udało się mu (prowadzącemu program) wydobyć informacje, które były owej rozpaczy przyczyną. Najgłośniejsze jednak reperkusje wzbudziła audycja z połowy lipca ubiegłego roku, gdy jeden gość, najwyraźniej nawiedzony, oznajmił na antenie, że pięćdziesiąt cztery artykuły konstytucji Izby Weterynaryjnej zostały jak najbardziej świadomie, z widoczną premedytacją, sfałszowane. Tak to kiedyś bywało w audycji To i Owo.